Stowarzyszenie Uniwersytet Trzeciego Wieku

Długie nad jeziorem Lipie

Moje wczoraj i dziś w miejscowości Długie nad jeziorem Lipie

 

Ucieszyłem się, gdy dostałem zaproszenie do udziału w Warsztatach Artystycznych organizowanych przez Uniwersytet Trzeciego Wieku w miejscowości Długie, w dniach 10-13 września 2018 r. Ucieszyłem się, bo dawno tam nie byłem, a wiążą mnie z Długiem przeżyte emocje i wspomnienia. Dokładnie 70 lat temu, w czasie wakacji, podczas wycieczki rowerowej, zatrzymałem się przy jeziorze Lipie. Podobało mi się tam. Sam w dzieciństwie wychowałem się nad jeziorem. Jezioro otoczone drzewami, lasami stwarzało z góry piękny widok. Woda była czysta, przezroczysta. Dzięki porastającej dno roślinności miała lekko zielonkawy odcień. Jedynym łatwo dostępnym miejscem wejścia do wody była łączka, gdzie obecnie jest plaża. Tam brzeg nie był zarośnięty i woda była płytka.

Na górce za figurką stał kiedyś kościółek w m. Dolgen

Uroki jeziora widocznie docenili dawni mieszkańcy tych terenów, Niemcy, którzy tu przyjeżdżali. Świadczyły o tym ślady biwakowania, bo koło jedynego drzewa, które rośnie na plaży, był ułożony z kamieni krąg, miejsce palenia ogniska. Nie było widać naokoło żadnego domu ani zabudowania poza jedyną stodołą po drugiej stronie szosy. Pamiętam, że nasza drużyna harcerzy z Gimnazjum i Liceum w Drezdenku, po wędrówce przez jedną noc, biwakowała na wysokiej skarpie nad jeziorem leżącym w rynnie – Rydzkiem Miałkim. Są takie dwa małe jeziora, Rydzek Miałki i Rydzek Głęboki po prawej stronie szosy w połowie drogi z Lichenia do Długiego.

Dzwon ze starego kościółka w m. Dolgen

Był kiedyś w dziejach taki okres, że pracownicy przedsiębiorstw i instytucji w czasie płatnego urlopu mogli wyjechać do atrakcyjnych miejscowości na bezpłatny odpoczynek. Zapewniały to zakłady pacy i zwracały jeszcze koszty podróży. Były 14-dniowe wczasy w pensjonatach Funduszu Wczasów Pracowniczych (FWP) lub 21-dniowe wczasy lecznicze w miejscowości uzdrowiskowych. Przedsiębiorstwo nasze, Gorzowskie Przedsiębiorstwo Budowlane „Zachód”, postawiło szereg drewnianych domków na brzegu jeziora Lipie, tuż przy szosie, „Stilon” pobudował więcej podobnych domków, ale na górce, po drugiej stronie jeziora, naprzeciw plaży. W domkach wielkich wygód nie było. Czasem było wilgotno i chłodno szczególnie w nocy.

W tym czasie budowaliśmy w Łukęcinie nad morzem ośrodek wczasowo-wypoczynkowy dla Zjednoczenia Budownictwa w Zielonej Górze. Powstały tam cztery pawilony mieszkalne z całą infrastrukturą, kotłownią, kuchnią, stołówką, świetlicą itp. Ponieważ mieliśmy gotowy projekt, zapadła decyzja, że jeden taki pawilon zbudujemy dla naszych pracowników w Długiem. Załatwiono wszelkie potrzebne zezwolenia i uzgodnienia mediów. Zakład miał zapewnić materiały, sprzęt i transport, pracownicy mieli zaadaptować projekt i wybudować obiekt w czynie społecznym.. Przed rozpoczęciem prac trzeba było przygotować plac budowy. Wybranym miejscem była górka po lewej stronie szosy na wysokim brzegu jeziora. Rósł tam las. Pewnej niedzieli przyjechała grupa pracowników z piłami i siekierami, by przygotowywać teren. Nie pamiętam wszystkich, bo zawieruszyło mi się gdzieś zdjęcie, ale zajęliśmy wszystkie miejsca w zakładowym samochodzie marki „Nysa”. Jechali: dyrektor przedsiębiorstwa Stanisław Guziewicz, przewodniczący rady zakładowej Antoni Krzyżaniak, pracownicy pracowni projektowej Krysia Ochmańska, jej mąż Stanisław Ochmański z Wojewódzkiego Klubu Techniki i Racjonalizacji i inni. Niestety, z czynu społecznego w tym dniu nic nie wyszło, bo gajowy nie pozwolił. Okazało się, że Wojewódzka Dyrekcja Lasów Państwowych w Zielonej Górze nie powiadomiła go, że rozpocznie się tam budowa.

Z szosy poszedłem głębiej w las, na górkę i poza nią. Spod poszycia lasu wyglądały między drzewami, tu i ówdzie stały lub leżały płyty nagrobne i pomniki. Przypuszczalnie spoczywali tam dawni  mieszkańcy siedliska Dolgen znajdującego się po drugiej stronie szosy przy jeziorze Długie. A więc hotel miał stanąć na starym, zapomnianym cmentarzu.

Ośrodek wypoczynkowy nad j. Długie

Ośrodek oczywiście wybudowano i wiele lat służył z pożytkiem przede wszystkim pracownikom Gorzowskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego „Zachód”.  Obecnie jest tam trzygwiazdkowy hotel „Wodnik” i restauracja Inne zdarzenie związane z Długiem ciągle wywołuje mi ciarki na plecach gdy je wspominam. Nasze koło wędkarskie, Koło PZW nr 10 „Budowlani”, wielokrotnie organizowało zawody wędkarskie w Długiem w okresie letnim, ale raz zrobiono zimą zawody w wędkowaniu spod lodu. Był to koniec marca, lód zaczął już topnieć. Przyjechało nas wtedy autobusem ok. 30 wędkarzy, wysiadaliśmy z autobusu, wynieśliśmy sprzęt, zaczęliśmy wchodzić na lód. Prezes koła dla przeprowadzenia wstępnego instruktażu zarządził: „Wszyscy na lód, w dwuszeregu zbiórka!”. I wtedy ktoś krzyknął: „Wszyscy na brzeg, lód może się załamać!”. W ten sposób zapobiegł tragedii. Możliwe, że sekundy nas dzieliły od załamania się lodu. Było nas trzydziestu chłopa, każdy w zimowym ubraniu ze sprzętem ważył co najmniej 100 kg, więc razem ważyliśmy ok. 3 tony. Lód musiałby się załamać. Nikt by się nie uratował. To nie było przy plaży, gdzie płytko. Tam, gdzie staliśmy, było ponad trzy metry do dna.

Pomnik – Bóg Honor Ojczyzna

Wiem, jak to wygląda, bo jako dziecko byłem świadkiem podobnego zdarzenia. Wspomniałem, że w dzieciństwie mieszkałem nad jeziorem,  którego środkiem przebiegała granica łotewsko-litewska. Któregoś wiosennego dnia z kimś dorosłym byłem nad brzegiem jeziora. Po lodzie chodził mężczyzna i niósł  długą żerdź na ramieniu. Widocznie sprawdzał pozakładane wcześniej samołowy. Mężczyźni zaczęli rozmawiać. Żmudzin podszedł bliżej i stanął. Piszę Żmudzin, bo po stronie litewskiej za jeziorem była Żmudź. Mężczyźni rozmawiali, aż w pewnym momencie Żmudzin zniknął. Na lodzie leżała tylko żerdź, którą niósł. Oczywiście, że z przerębli szybko się wygramolił. Narzekał, że zamoczył dokumenty, bo portfel miał w kieszeni.

Wspomnień z Długiego jest więcej, ale to może innym razem.

Dwóch panów –  tworzą obrazy. Jeden metodą tradycyjną: wiązką sierści w pędzelku trzymanym w ustach nanosi farbę na papier. Nanoszenie farby na malowany przedmiot to metoda znana i stosowana od wieków, od tysiącleci. Obrazy malowane przez ludzi pierwotnych nawet sprzed 40 tys. lat odkryto w wielu jaskiniach Europy i Azji. Ostatnio odkryto wymalowane czerwoną ochrą znaki wykonane przez przedstawiciela homo sapiens, czyli człowieka rozumnego w jaskini Blombos w Republice Południowej Afryki w osadach liczących 73 tys. lat!

Drugi pan korzystając z najnowszych odkryć w nanotechnologii, nanosi obraz na matrycę aparatu fotograficznego znajdującego się w telefonie, za pomocą wiązki pewnej długości fal elektromagnetycznych zwanych światłem widzialnym, fal elektromagnetycznych wysłanych przez słońce, które przebiegły prawie 150 milionów kilometrów, odbiły się od fotografowanego przedmiotu, przez soczewkę trafiły na matrycę aparatu, tam jako fotony przemienione w elektrony w postaci prądu elektrycznego przesłane do pamięci telefonu i zapisane. Teraz obraz zapisany w pamięci aparatu może być znowu wysłany za pomocą prądu lub fal elektromagnetycznych do drukarki i naniesiony na papier, jak to robi pan po lewej za pomocą pędzelka.

Efekt pracy malarza

Ten obrazek artysta namalował w ciągu 20 minut trzymając pędzelki w ustach, bo ręce i nogi ma sparaliżowane. W młodości skoczył na głowę do nieznanej wody. Ogromne są możliwości twórcze człowieka, ale i ogromna jest głupota ludzka.

Wybitny uczony, Albert Einstein, odkrywca  teorii względności (E=mc2) powiedział: „Dwa zjawiska są nieskończenie wielkie – Wszechświat i głupota ludzka, lecz nie mam całkowitej pewności co do pierwszego”.

 

Tekst i foto: Józef Skabardis

powrót do strony głównej
Strona w budowie
Historyczne UTW Historyczne UTW