Stowarzyszenie Uniwersytet Trzeciego Wieku

Była Konopnicka, będzie „Lalka”

Była Konopnicka, będzie „Lalka”

Na zajęciach sekcji „Rozmowy o książkach” w grudniu zajmowaliśmy się literaturą polskiego pozytywizmu. Aby lepiej poznać ten okres, przeczytaliśmy książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „Dezorientacje. Biografia Marii Konopnickiej”. W styczniu pójdziemy do naszego teatru, żeby zobaczyć inscenizację „Lalki” i będziemy rozmawiać o różnych aspektach tej najwybitniejszej polskiej powieści.
Poniżej wrażenia z lektury „Dezorientacji” spisane przez Jolantę Bilińską.

Maria Konopnicka
bez pomnika i bez etykiet
wrażenia z lektury „Dezorientacji” Magdaleny Grzebałkowskiej

Zaczęłam czytać „Dezorientacje” z lekkim niepokojem – bałam się, że dostanę kolejną biografię „na czasie”, w której XIX-wieczna poetka zostanie przerobiona na współczesną ikonę walki z patriarchatem, a autorka będzie mrugać do mnie okiem przy każdym „odważnym” akapicie. Nic z tych rzeczy. Magdalena Grzebałkowska zrobiła coś znacznie cenniejszego: oddała mi bohaterkę w całej złożoności i zaufała, że sama wyciągnę wnioski.

Nie ma tu etykietek przyklejanych na siłę. Konopnicka nie jest „feministką” w dzisiejszym rozumieniu tego słowa – jest kobietą, która w konkretnych okolicznościach potrzebuje wolności, pieniędzy i przestrzeni do pisania. Grzebałkowska pokazuje to krok po kroku: dlaczego wyjeżdża z domu, dlaczego zabiera dzieci z domu męża, dlaczego przez lata mieszka w pensjonatach i wynajętych pokojach. Każda decyzja ma swój ciężar gatunkowy, ale nie ma moralizatorskiego komentarza. Autorka szanuje moją inteligencję – i Konopnickiej też.

Najpiękniej wychodzi relacja z Marią Dulębianką. Grzebałkowska nazywa ją wprost partnerką, towarzyszką – bez owijania w bawełnę. Ale nie zagląda pod kołdrę, nie spekuluje, jak wyglądało ich pożycie. Pokazuje za to codzienne gesty: wspólne podróże, prowadzenie domu, troskę, zazdrość, konflikty i pojednania. To jedna z najdelikatniejszych i najbardziej dojrzałych literackich prezentacji związku dwóch kobiet, jakie czytałam w polskim reportażu. A jednocześnie autorka nie ukrywa, że Konopnicka miała też dwie dwuznaczne, być może intymne znajomości z mężczyznami – i znów: zero sensacji, same fakty i kontekst.

Realia epoki są tu żywe, ale nigdy nie dydaktyczne. Nie dowiaduję się po raz setny, że car był zły i że były trzy zabory. Dowiaduję się za to, jak ukaz carski o zakazie nauczania po polsku wpływa na życie małej dziewczynki w Bronowie, jak represje po powstaniu styczniowym niszczą majątek rodziny, jak brak równych praw dla kobiet sprawia, że po separacji Konopnicka nie może legalnie zarządzać własnym majątkiem. To wszystko jest wplecione w codzienność: w rachunki za mieszkanie, w wybory między kupnem chleba a opłaceniem korepetycji, w kolejną przeprowadzkę.

Pięknie wypadają też relacje z innymi pisarzami – Orzeszkową, Prusem, Sienkiewiczem i innymi. Czytamy ich listy, złośliwe uwagi w prasie, wzajemne pochwały i krytyki – a jednak spod tego wszystkiego wyziera ogromna energia: oni naprawdę chcieli budować polską literaturę w nieprzyjaznym środowisku zaborcy, w języku, który właśnie wbijała się na szczyty piękna i jest najmocniejszą bronią w walce o narodowe przetrwanie. Grzebałkowska oddaje tę rywalizację z sympatią i humorem – widać, że się lubili, nawet gdy się gryźli.

I wreszcie: dzień powszedni. Pranie, gotowanie, choroby dzieci, długi, przeprowadzki, korespondencja, redagowanie pism, pisanie nocami przy lampie naftowej. Konopnicka traktuje swoje dzieci różnie – jedne kocha bardziej, inne mniej, jedno zostawia w zakładzie, drugie zabiera w świat. To boli, ale Grzebałkowska nie usprawiedliwia ani nie potępia. Pokazuje tylko, jak wyglądało macierzyństwo w epoce, w której kobieta nie miała prawie żadnych praw, a jednocześnie chciała być pisarką.

Edytorsko książka jest perełką: krótkie rozdziały, dużo światła na stronie, piękne zdjęcia, przypisy tam, gdzie trzeba. Można czytać powoli, smakując każdy detal albo jednym tchem – bo narracja płynie jak najlepsza powieść. Jak napisał jeden z recenzentów na blogu „Zdaniem Szota”: „Grzebałkowska znowu to zrobiła. Powołała do życia zupełnie nową Marię Konopnicką. Ludzką, skomplikowaną i – wciąż – wybitną”. Zgadzam się w stu procentach.

Po zamknięciu „Dezorientacji” nie mam już w głowie spiżowego pomnika z „Rotą” na ustach. Mam za to obraz kobiety, która była od nas o wiele bardziej skomplikowana, odważna i – paradoksalnie – współczesna, niż kiedykolwiek śmieliśmy przypuszczać. I to jest największy komplement, jaki można powiedzieć o biografii: że po lekturze bohaterka zostaje z tobą na zawsze – już nie jako ikona, ale jako człowiek.

Jolanta Bilińska
16-12-2025 r.

 

powrót do strony głównej