Valérie Perrin – „Zapomniane niedziele”

Na zajęciach sekcji „Rozmowy o książkach” zajmowaliśmy się powieścią Valérie Perrin pt. „Zapomniane niedziele”. A oto wrażenia z lektury, które spisała Jolanta Bilińska.
Powolna, kunsztowna, ale nie dla każdego
Pierwsze sto stron czytałam z lekkim znużeniem. Piękny język, subtelnie przeplatające się wątki, ale tempo – ślimacze. Zastanawiałam się, o co tyle zachwytów. Dopiero około połowy akcja nagle przyspieszyła: tajemnice zaczęły się zbiegać, wątki splatały logicznie, a precyzyjna kompozycja zaczęła działać jak dobrze naoliwiona maszyna. Doceniam kunszt autorki – powolne budowanie napięcia, poetycki (ale nie przesadzony) styl pisania i to, jak Valérie Perrin pieczołowicie domyka każdy rozpoczęty wątek.
Tłumaczenie Joanny Prądzyńskiej zasługuje na osobne uznanie – język jest płynny, naturalny, z wyczuciem stylu oryginału. Krótkie rozdziały pozwalają czytać tę książkę fragmentami – po kilka stron wieczorem lub w pociągu. To bardzo przemyślana forma dla czytelników, którzy szukają w literaturze wytchnienia, a nie tempa sensacji.
Zalety: empatia i nieoczywistość
Valérie Perrin potrafi patrzeć na ludzi z ogromną empatią: nie osądza ich, ale wydobywa motywacje, emocje, marzenia. To powieść, w której nie ma czarno-białych postaci – a przynajmniej większość z nich balansuje między czułością a słabościami. To jeden z największych atutów „Zapomnianych niedziel”.
Szczególnie porusza sam tytułowy motyw – te niedziele, kiedy starsi mieszkańcy domu opieki czekają z nadzieją na odwiedziny bliskich, a potem… zostają sami. To nie tylko wzruszające, ale też niezwykle aktualne i uniwersalne – niezależnie od kraju czy epoki.
Dobrze oddaje to ironiczno-gorzki fragment o codziennej rutynie pracy: „W końcu ruszam do pracy. Pierwsze drzwi, pierwszy pokój, pierwsze >dzień dobry<, pierwsze dolegliwości i pierwsze zniewagi, pierwsze historie, pierwsze zmiany pościeli… Matko! Mam ochotę umrzeć zamiast Hélène. Ale wiem, że ona wygra. Za bardzo mnie wyprzedziła”.
To zdanie pokazuje, że książka nie tylko wzrusza – potrafi też uderzyć czarnym humorem i realizmem zmęczenia opiekunki.
Miłość opisana u Perrin ma wiele twarzy: jest i namiętna, cielesna (nieraz opisana bardzo dosadnie, z kobiecej perspektywy – dla mnie czasem zbyt dosłownie, choć to subiektywne odczucie) i wielka, epicka, jak historia Hélène i Luciena, którzy przetrwali wojnę, zdradę i lata rozłąki. Największe wrażenie zrobiło na mnie właśnie to, jak autorka pokazuje miłość jako siłę, która zostawia blizny, a jednocześnie daje drugą szansę – nawet po dekadach. Choć momentami ociera się o ckliwość czy melodramat, robi to z sercem i szczerze.
Co uwiera: idealizacja i… historia
Mimo wielu zalet – nie wszystko mnie przekonało. Największym zgrzytem była dla mnie główna bohaterka i narratorka, Justine. To postać niemal bez wad: empatyczna, cierpliwa, dobra do bólu. W porównaniu z pozostałymi bohaterami, którzy mają swoje rany, słabości, grzeszki – Justine wypada nierealnie. Trochę jak idealna opiekunka z bajki. Trudno było mi ją naprawdę poczuć – zbyt gładka, by była żywa. Justine nie tyle jest dobra, co nieskalana – a to w literaturze bywa mniej wiarygodne niż zło.
Ale najpoważniejszy problem – i niestety bolesny dla polskiego czytelnika – pojawia się w tle historycznym.
Jeden z pobocznych wątków dotyczy Simona, Żyda, który ucieka z Polski w 1938 roku. Ma blizny na czole po wyciętym napisie „Żyd”, towarzyszy mu paniczny lęk przed przemocą i prześladowaniem. To przedstawienie antysemityzmu w II RP pojawia się kilkakrotnie – intensywnie, mocno emocjonalnie, bez żadnego kontekstu historycznego. Tymczasem mowa o roku, w którym: już dawno obowiązywały ustawy norymberskie (od 1935 r.), Niemcy przeprowadziły „Polenaktion”, czyli brutalną deportację polskich Żydów z Rzeszy (jesień 1938), a za chwilę miała miejsce Kristallnacht – jedna z największych fal antyżydowskiej przemocy w Europie przedwojennej.
Perrin całkowicie pomija niemiecką machinę antysemityzmu, a zamiast tego maluje Polskę jako źródło traumy bohatera. Dziwne, że autorka potrafiąca zrozumieć mordercę – tutaj traci całą empatię. To buduje fałszywą symetrię pomiędzy wschodem i zachodem Europy, uogólnia winę, zdejmuje odpowiedzialność z własnego podwórka. We Francji również nie brakowało antysemickich organizacji (choćby Liga Antysemicka w latach 30.), afer (np. sprawa Dreyfusa) czy surowych ustaw Vichy z 1940 roku, uchwalonych przez Francuzów jeszcze zanim Niemcy ich do tego zmusili.
Na marginesie: we Francji za pomoc Żydom groziło więzienie lub deportacja – ale nie od razu rozstrzelanie całej rodziny, jak w Generalnym Gubernatorstwie. Dlatego ten jednostronny obraz wydaje się nieuczciwy i krzywdzący, zwłaszcza że nie wszyscy czytelnicy mają szansę znać niuanse tych faktów.
Czy to celowe uproszczenie, lenistwo dokumentacyjne, czy może zachodni filtr patrzenia na „dziki Wschód”? Trudno powiedzieć – ale to bolesny zgrzyt w powieści pełnej empatii. Szkoda, że dotąd żadna recenzja, na którą trafiłam, tego nie dostrzegła – być może przez poprawność polityczną, może przez brak wiedzy historycznej.
Dla kogo?
Dla tych, którzy lubią powolną, emocjonalną, kobiecą prozę, zanurzoną w refleksji, a nie w akcji. Dla tych, którzy potrafią czytać z uwagą, smakować krótkie rozdziały i szukają książek o starości, pamięci i miłości, która nie kończy się nawet po śmierci. Nie dla wielbicieli wartkiej fabuły, skomplikowanych bohaterów czy suchego realizmu – a tym bardziej nie dla tych, których drażni przesadna sentymentalność.
Ocena: 7/10
Za kunszt konstrukcji, subtelny język, autentyczny temat samotności ludzi starszych i za to, jak pięknie pokazana jest miłość. Z minusem za powolne tempo w pierwszej części, zbyt idealną protagonistkę i poważny zgrzyt historyczny, który naprawdę psuje obraz całości.
Jeśli sięgacie po literaturę, by się wzruszyć, zatrzymać – i macie cierpliwość do opowieści, które długo się rozpędzają – to „Zapomniane niedziele” mogą być dla Was książką, która długo zostanie w pamięci. Ale nie dla każdego. I nie bezkrytycznie.
Tekst: Jolanta Bilińska
27-02-2026 r.
powrót do strony głównej