Stowarzyszenie Uniwersytet Trzeciego Wieku

Pamięci Józefa Skabardisa

Pamięci Józefa Skabardisa

 

Rok temu, w końcu marca 2024 r. życzenia długiego życia składaliśmy Józefowi Skabardisowi z okazji jego 94 urodzin. Była wiązanka kwiatów i kosz ze słodkościami. Józef był bardzo wzruszony.

W przeddzień urodzin
Po roku nie możemy powtórzyć życzeń, bo w grudniu Józef Skabardis zmarł. Członkiem naszego Uniwersytetu był od 2006 roku, a więc blisko 20 lat. Opłacił składkę za ostatni semestr, uczestniczył w zajęciach kilku sekcji, m. in. Rozmów o książkach, w konsultacjach komputerowych, bywał na wszystkich wykładach. Zniknął niespodziewanie, cichutko. A potem przyszła wiadomość o jego śmierci.
W przeddzień jego 95 urodzin odbył się wieczór wspomnień o Józefie. Choć często bywał wśród nas, niewiele mówił o sobie. Jego miejsce w drugim rzędzie przy oknie ciągle czeka na niego. Podczas Rozmów o książkach nikt tego miejsca nie zajmuje. Podczas wieczoru wisiała na nim kartka z informacją: „Zajęte”.
Inicjatorką wieczoru była Agnieszka Przybył, która przed kilku laty prowadziła u nas zajęcia komputerowe i wtedy poznała Józefa. Członkowie sekcji Rozmowy o książkach chętnie przyłączyli się do tego pomysłu. Na program złożyły się fragmenty pamiętnika Józefa oraz wspomnienia jego przyjaciół.

Pamiętnik – czytał Mirek Urbanowicz
Józef był Łotyszem. Urodził się w 1930 roku w rodzinie mieszkającej na wsi. Miał 9 lat, gdy na Łotwę weszli Rosjanie, a 14 lat, gdy rodzice postanowili uciekać na zachód, także przed Rosjanami. Dotarli do Strzelec Krajeńskich, gdzie zaginął ojciec, a matka z czwórką dzieci znalazła schronienie w Trzebiczu koło Drezdenka. W ten sposób rodzina Skabardisów związała się z regionem, a potem z Gorzowem.
O kolejnych etapach życia opowiedział sam Józef w swoim pamiętniku, a Mirek Urbanowicz go nam przeczytał. Pamiętnik ten znajduje się na końcu tego tekstu.

Agnieszka Przybył
Z Józefem Skabardisem poznała się w 2019 roku. Ona – trenerka edukacji cyfrowej w UTW, on – członek sekcji starszy od niej o co najmniej czterdzieści lat. Ale zaprzyjaźnili się. Mówiła o swoim zachwycie dla wyważonej postawy Józefa we wszystkich kwestiach, o uznaniu dla jego wiedzy i postawy ciągłych poszukiwań intelektualnych, o jego wrażliwości na zapachy. Jako prezes zarządu Fundacji NIDUM na Rzecz Edukacji Społecznej i Obywatelskiej prowadziła zajęcia i warsztaty z aromaterapii, podczas których Józef wykazywał się wielką inwencją. Specjalnie na ten wieczór zebrała fotografie z Józefem, o Józefie i dla Józefa i przygotowała podkład wizualny do swoich dwóch wystąpień połączony z muzyką.

Dzidra Marciniak
W gronie słuchaczy naszego Uniwersytetu jest pochodząca z Łotwy koleżanka o oryginalnym imieniu Dzidra, w którym pobrzmiewa ten sam łotewski rdzeń co w słowach kryształowa, przezroczysta, jasna. Dzidra ma polskie nazwisko Marciniak, bo wyszła za mąż za Polaka i z nim przyjechała do Gorzowa. Opowiedziała o swojej Łotwie i o przyjemności rozmawiania po łotewsku z Jozefem. Przeczytała także wybrany wiersz po łotewsku. Elementem dekoracyjnym sali była flaga łotewska, którą przyniosła Dzidra. A po zakończeniu wspomnień poczęstowała nas pysznym ciastem z pomarańczami i galaretką, które sama upiekła.

Edward Korban i Czesław Ganda
Dwaj byli prezesi UTW podzielili się swoimi wspomnieniami związanymi przede wszystkim z wyjazdami razem z Józefem. Przez wiele lat Józef wyjeżdżał na niemal wszystkie turnusy wypoczynkowe i rehabilitacyjne organizowane przez UTW, bo wolał być z innymi, jako że w domu nikt na niego nie czekał. Uczestniczył także w warsztatach organizowanych przez Czesława Gandę dla RSTK, nie bał się wyzwań, podejmował się nowych zadań.

Krystyna Kamińska
Józef Skabardis był członkiem prowadzonej przeze mnie sekcji Rozmawy o książkach. Nie należał do głośnych dyskutantów, ale często przynosił informacje lub wydruki, które korespondowały z omawianym tematem. Wyraźnie było widać, że przygotowywał się do zajęć, że starał się rozszerzyć temat o ciekawe, choć nieoczywiste treści. Często zaskakiwał szerokością horyzontów myślowych. Dużo czytał. Nie tylko po polsku, ale także po niemiecku i – oczywiście – po łotewsku.
Bardziej aktywny był na warsztatach literackich, które prowadził Ireneusz Krzysztof Szmidt. To pod jego wpływem spisał swoje wspomnienia, których fragmenty były drukowane w „Pegazie Lubuskim”. Józef napisał opowieść o swojej malutkiej siostrzyczce Lidii, która zmarła w 1945 roku w Gorzowie. Agnieszka Przybył opracowała ją w formie elektronicznej i ciągle jest dostępna w formie e-booka pod adresem: https://drive.google.com/file/d/1NQwePa0hEXvZdE0P9Wlwm5XcCYFaPZnv/view?usp=drivesdk. Natomiast przeczytać ją można w „Nadwarciańskim Roczniku Historyczno-Archiwalnym” z 2023 roku. Dwa opowiadania Józefa o pieskach weszły do książki „Z tej ziemi”, a inne jego teksty włączono do „Padoku Pegaza” z ubiegłego roku.

Józef Kamiński
Od osiedlenia się w Gorzowie Józef Skabardis pracował w Gorzowskim Przedsiębiorstwie Budowlanym „Zachód” przekształconym potem w Gorzowski Kombinat Budowlany. To było jedyne jego miejsce pracy. Parę lat później rozpoczął tam pracę Józef Kamiński, teraz także członek sekcji Rozmowy o książkach. Panowie mieszkali w tym samym wieżowcu na osiedlu Słonecznym, ale Kamiński na parterze, a Skabardis na dziesiątym, najwyższym piętrze. O związkach w pracy i w życiu codziennym, na działkach i podczas wędkowania mówił młodszy z Józefów.

Janina Jurgowiak
Z Józefem łączyła Janinę miłość do zwierząt, a bliżej do psów. Często rozmawiali o swoich pupilach. A gdy Józef napisał cykl opowiadań o zwierzętach, dał do przeczytania i do korekty właśnie Janinie-polonistce. Są to ciepłe, serdeczne opowieści. Dobrze by było, gdyby znalazły wydawcę.

Maria Rytwińska
Z ważnych względów osobistych Maria nie mogła wziąć udziału w wieczorze wspomnień, ale chciała opowiedzieć o niemal codziennych długich rozmowach telefonicznych z Józefem. Oboje byli samotni, ale choć mieszkali na różnych osiedlach, prawie każdego wieczora dzielili się wrażeniami i refleksjami z mijającego dnia.

Halina Urban
Nasza aktualna prezes UTW Halina Urban przeprowadziła z Józefem Skabardisem chyba ostatnią oficjalną rozmowę. Nie wiedziała, że jest w szpitalu, a zadzwoniła do niego z zaproszeniem na zabawę andrzejkową. Ucieszył się z propozycji, podziękował za pamięć i obiecał, że jeśli lekarz pozwoli, to on przyjdzie. Niestety, ze szpitala już nie wyszedł. Zmarł 16 grudnia.

Krystyna Woźniak i Czesław Ganda
Zajęli się oprawą muzyczną i techniczną wieczoru. Krystyna Woźniak zaśpiewała dwie piosenki. Czesław Ganda muzyką towarzyszył czytaniu pamiętnika. Także zadbał o oświetlenie, nagłośnienie, a nawet za specjalne ustawienie krzeseł, żeby wieczór wspomnień różnił się od zajęć edukacyjnych odbywanych w jedynej większej sali w naszym UTW.

Agnieszka Przybył
Podsumowała spotkanie i przekazała dla UTW zamówione przez nią litografie z wizerunkiem Józefa Skabardisa. Po oprawieniu w ramki zawisną ona w sali zajęć UTW.

Kwiaty
Na zakończenie wieczoru osoby, które miały ochotę, wrzuciły po parę złotych do skarbonki z przeznaczeniem na kwiaty na grób Józefa. Zebrało się aż 300 zł. Następnego dnia za połowę tej kwoty kupiliśmy wiązankę kwiatów i znicze i położyliśmy je na grobie Józefa Skabardisa – kwatera 48B rząd 20, miejsce 27. Za drugą połowę zebranych pieniędzy kupimy kwiaty i znicze na Wszystkich Świętych.

Zakończenie
W spotkaniu uczestniczyli przyjaciele Józefa Skabardisa, którzy z zainteresowaniem wysłuchali wspomnień o nim snutych z różnych punktów widzenia. Jedna pani często ocierała łzy. Była nią bratanica – Jolanta, która razem z mężem Waldemarem Paluszkiewiczem przyjechała na to spotkanie aż z Hamburga.
Wieczór wspomnień o Józefie Skabardisie zakończyliśmy w sąsiedniej sali, gdzie czekały gorąca kawa i herbata oraz ciasteczka ufundowane przez zarząd UTW oraz ciasto od Dzidry Marciniak. Przygotowaniem stołu i poczęstunku zajęły się pani z sekretariatu – Karolina Galacka i Sylwia Nowosad-Wielgos.

Program wieczoru opracowała, prowadziła i opisała
Krystyna Kamińska
zdjęcia – Agnieszka Przybył

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Józef Skabardis
Pamiętnik –
fragmenty, które czytał Mirek Urbanowicz podczas wieczoru wspomnień

Naród łotewski uzyskał wolność i niepodległość 18 listopada 1918 roku, tydzień później niż to nastąpiło w Polsce. Zakończyła się ponad siedemsetletnia niewola pod zaborami Niemiec, Szwecji, Polski (Inflanty) i Rosji.
Urodziłem się w 1930 roku. Mieszkałem w dużym domu, z rodzicami, dwoma moimi braćmi i małą siostrzyczką Lidią. Rodzice prowadzili gospodarstwo położone nad brzegiem jeziora, którego środkiem biegła granica między Łotwą a Litwą. Gdy tylko podrosłem, moim obowiązkiem było pasanie krów. We wrześniu 1939 roku, przed rozpoczęciem roku szkolnego, ojciec dał mi dwie ciężkie srebrne monety. Powiedział: Masz za pasanie krów i owiec w czasie wakacji. Jaki ja wtedy byłem szczęśliwy i dumny. Jako dziewięciolatek dostałem pierwsza w życiu wypłatę.
Łotewska niezależność trwała niespełna 20 lat. Na początku października 1939 roku Moskwa zmusiła rządy krajów bałtyckich do podpisania umów o współpracy i wzajemnej pomocy. Pewnego dnia zapowiedziano przemówienie prezydenta Łotwy, Karlisa Ulmanisa do narodu transmitowane przez radio. Pamiętam, że wszyscy uczniowie naszej czteroklasowej szkoły zebrali się w dużej sali. Kierownik przyniósł z mieszkania radio, by wszyscy mogli wysłuchać przemówienia. Trochę wcześniej Hitler wezwał wszystkich Niemców z krajów bałtyckich do powrotu do Rzeszy. Dzieciaki niewiele rozumiały. Ja zapamiętałem, że prezydent powiedział o wyjeżdżających Niemcach: „A niech jadą!”. Przewidywał, że będzie wojna. Zalecał, żeby każdy zaopatrzył się w drugą parę solidnych butów.
Ostatni akt likwidacji niezawisłości państw bałtyckich nastąpił w pierwszych dniach lipca 1940 roku. Rozpoczęła się okrutna okupacja sowiecka, niszczenie gospodarki, prześladowanie ludności, deportacja rdzennej ludności na Sybir.
14 czerwca 1942 roku z naszej rodziny zostali zesłani na Sybir: starszy brat ojca z żoną i sześcioletnią córeczką, rodzice mamy, kuzyn mamy z żoną i dwojgiem dzieci. Nasza rodzina również była w spisach do zsyłki. Ojciec był rolnikiem, gospodarzem prywatnej własności. Był gwardzistą „Aizsargi” – organizacji pospolitego ruszenia. Dla władzy to znaczyło, że był kułakiem i wrogiem klasy robotniczej. Do zsyłki jednak wtedy nie doszło. Puste wagony nie zdążyły wrócić z Syberii, a tydzień później, 22 czerwca 1941 roku rano uderzyły armie III Rzeszy na Związek Radziecki. Łotwa znowu trafiła pod panowanie odwiecznego wroga – Niemiec. Ale teraz Niemcy przyszli jako wyzwoliciele spod niewoli sowieckiej.

***
17 września 1944 r. za jeziorem na Litwie słychać było dalekie wystrzały dział i lecące po niebie ze wschodu na zachód świecące pociski smugowe. Ojciec ocenił, że klin czołgów naciera przez Litwę w kierunku Bałtyku i odcina drogę na zachód. Kazał pracownikom zaprzęgać konie do wozów. Załadowano na wozy najpotrzebniejsze rzeczy. Ojciec powiedział pracownikom, by opiekowali się gospodarstwem, zwierzętami i ruszyliśmy w drogę. Zostawiliśmy nasz dom rodzinny „Kalši”. Kiedy po I wojnie światowej parcelowano majątki baronów niemieckich, ojciec kupił od państwa na dwudziestoletnią spłatę ziemię i zabudowania gospodarcze. Ostatnią ratę spłacił w 1942 roku, kiedy trwała II wojna światowa.
Jechaliśmy całą noc. Rano zajechaliśmy (30 km) do domu dziadków, by się pożegnać. Pożegnaliśmy dziadka Nikołaja, babcię Alwinę, starszą siostrę ojca ciocię Alisę. Jej mąż Dombrovics udał się z nami, a ciocia Alise została z dziadkami. W ten sposób pożegnaliśmy nie tylko nasz dom rodzinny „Kalši”, ale także dziadków i naszą ojczyznę na zawsze.
Wozami konnymi dojechaliśmy przez Litwę do Kłajpedy. Po drodze, w Pałandze, widziałem już pierwsze objawy wojny, dym i ogień z ogromnego pożaru magazynu materiałów pędnych. Przed Kłajpedą zatrzymała się długa kolumna uciekinierów z Łotwy i Litwy. Wtedy nastąpił nalot. Rozpoczęła się kanonada wybuchów. Intensywnie strzelała artyleria przeciwlotnicza. Jeden samolot zaczął się palić. Dwóch lotników wyskoczyło z niego na spadochronach. W Kłajpedzie udało nam się przeprawić na Mierzeję Kurońską. Był już wieczór, więc przenocowaliśmy na przystani. Było jasno. Pamiętam widok palącej się Kłajpedy po drugiej stronie cieśniny. Mierzeją Kurońską dojechaliśmy do Prus Wschodnich. Dalej przez Królewiec, Frombork, Elbląg, Malbork, Grudziądz dotarliśmy do Bydgoszczy. W Bydgoszczy Niemcy zabrali nam konie i wozy. Dalsza jazda nie była możliwa. Gdy front się zbliżał, Niemcy przerzucali koleją uciekinierów ze wschodu dalej na zachód. Z Bydgoszczy wysłano nas do Człuchowa, potem do Gryfic. W Gryficach przewieziono nas na północ do miejscowości Muddelmow. To teraz wioska Modlimowo niedaleko Rewala.
Zbliżał się front. Było już słychać odgłosy kanonady dział. Trwały walki o Kołobrzeg.
Po przejściu frontu w wiosce została mała grupa radzieckich żołnierzy. Spędzali krowy z okolic, gromadzili żywność, piekli chleb. Pod koniec marca 1945 r. rozpoczęło się pędzenie ogromnego stada bydła na południe. Liczyło ono co najmniej kilkaset sztuk krów. Rosjanom do pędzenia stada potrzebna była pomoc, wiec kazali nam jechać z nimi. Ojciec powoził jednym wozem, innym wozem jechał starszy Niemiec. Niełatwo było pędzić tak wielkie stado. Krowy były głodne, rozbiegały się po polach.
Te dwa tygodnie pędzenia krów od morza prawie do Gorzowa, około 200 km, to temat na inną opowieść. W Barlinku krowy skierowano na lewą stronę jeziora. Nam Rosjanie dali wóz dwukonny, do którego załadowaliśmy nasze rzeczy. Niewiele tego było i pojechaliśmy leśną drogą w kierunku wschodnim.
W Strzelcach zatrzymali nas czerwonoarmiści. Kazali schodzić z wozu, rzeczy wyładować na chodnik. Konie z wozem zabrali. A najważniejsze, że zabrali naszego ojca. Dzień ten, to był kolejny milowy słup w dziejach naszej rodziny. Mama nagle znalazła się sama z czworgiem dzieci na ulicy, w obcym, nieznanym mieście, w obcym kraju, bez środków do życia. Ale mama się nie załamała. Miała twardy charakter. Pewnie zahartowały ją warunki, w jakich żyła jako dziecko, czyli w latach pierwszej wojny światowej. Ważne było to, że władała językiem rosyjskim.
W czerwonym budynku, przy którym nas zatrzymano, był hotel i stołówka dla oficerów. Potrzebowali ludzi do obsługi. Rosjanie zatrzymali mamę do pracy w kuchni. Na drugi dzień przenieśliśmy nasze rzeczy do mieszkania na piętrze na końcu pustego, szarego budynku po drugiej stronie ulicy. Musieliśmy udawać, że jesteśmy Ruskimi. Rozmawialiśmy po rosyjsku, choć nasze umiejętności posługiwania tym językiem były słabe.
Ojca widziałem jeszcze tylko raz. Mama dowiedziała się, że jest w ogrodnictwie za gmachem komendantury wojennej. Mama tam ze mną poszła. Kiedy doszliśmy do bramy, widziałem na placu dużą grupę mężczyzn. Mogło być ich tam ponad pięćdziesięciu, może stu. Ojciec zauważył nas i podszedł do bramy. Rodzice porozmawiali chwilę, wymienili jakieś adresy kontaktowe. Zapamiętałem, że ojciec miał zmienioną, bardzo smutną twarz.

***
Mieszkaliśmy w folwarku Klasztorne za jeziorem Górnym koło Strzelec Krajeńskich. Zarządcą był tam pan Kosiński. Pewnego dnia przysłano z magistratu polecenie, że w dniu następnym mamy stawić się na zbiórkę w Strzelcach na rynku. Ze Strzelec zostaniemy zawiezieni do Landsberga, gdzie będzie podstawiony specjalny pociąg zbiorczy, który zawiezie nas do ojczyzny. Mama do wózka dziecięcego zapakowała nasze rzeczy, ubrania, koce, jedzenie, W następnym dniu ubraliśmy się i poszliśmy na miejsce zbiórki. Gdy doszliśmy do szosy, zamiast pójść w prawo do centrum miasta, skręciliśmy w lewo szosą w kierunku Starego Kurowa. W lesie koło wsi Rokitno schowaliśmy się w gęstwinie młodnika. Zamiarem mamy było ukryć się i przeczekać akcję wysiedlania. W lesie ukrywaliśmy się około dwa tygodnie. W lesie nie było wody. Piliśmy wodę z kałuży na drodze. Na brzegu lasu przy drodze rosły brzozy. Przy jednej stał garnek, do którego toczono sok. Podkradałem ten sok z brzozy.
Pamiętam, że pewnego ranka, gdy nasza czwórka pod gałęziami na ziemi spała przytulona do siebie, odkryli nas dwaj uzbrojeni w pepesze żołnierze rosyjscy. Jeden stał i mierzył do nas z pistoletu maszynowego, drugi o coś pytał. Mama tłumaczyła po rosyjsku, wtrącając słowa polskie, że ukrywa się, bo Polacy chcą ją wysłać do Francji. Jej mąż był Francuzem, zginął na wojnie. We Francji nikogo nie ma. Żołnierza bajeczka mamy nie interesowała. – Zołoto, czasy dawaj – powiedział. Mama miała ok. 1,5 m długi i ciężki złoty łańcuch babci i złoty zegareczek na rękę. Mama płakała, żeby zostawił zegareczek, że to pamiątka po matce. Żołnierz chwilę ważył zegarek w ręku, lecz nie oddał.
Młodszych synów mama zostawiła w Rokitnie w domu państwa Piaseckich, mnie kazała wracać do folwarku w Strzelcach. Sama poszła inną drogą. Szedłem polami, unikając dróg, by nie spotkać ludzi. Spotykałem za to zwłoki ludzki. Byli to nieżywi żołnierze niemieccy. Koło Lichenia nocowałem w jakiejś przydrożnej szopie. Od Lichenia do Strzelec nie poszedłem szosą, lecz polami koło Czyżewa do Klasztornego. W Klasztornym zostać nie mogliśmy. Trzeba było zejść z oczu urzędnikom magistrackim.
Brat pana Kosińskiego był nauczycielem w jednoklasowej szkole w Trebitschfeld. To wieś niedaleko Drezdenka, ok. 20 km od Strzelec Krajeńskich. Miałem już 16 lat. Wtedy opuściłem rodzinę i zacząłem samodzielne życie. Poszedłem w nieznane do Trebitschfeld, czyli Trzebicza Nowego. Tam zaprowadzono mnie do Markiewiczów. Markiewiczowie byli z Chludowa za Poznaniem, objęli właśnie poniemieckie gospodarstwo, potrzebowali parobka. Wyżerki tam nie było. Gospodyni nie była rozrzutna. Pies dostawał resztki wyskrobane z koryta, których świnie nie zjadły. Ja na śniadanie miałem chleb z gzikiem i ślepe ryby. Wkrótce mama z braćmi też przywędrowali do Trzebicza Nowego i zamieszkali w szkole. Bracia uczyli się, a mama pracowała jako woźna.
Po wojnie było dużo ludzi, którzy utracili dokumenty. Mieszkańcom wydawano tymczasowe dowody osobiste. Przy zapisach dzieci do szkół żądano metryki urodzenia. Dokumenty wyrabiało się w sądzie na podstawie zeznania świadków. W Trzebiczu Nowym naszymi sąsiadami byli ludzie z okolic Lidy na Litwie. Mama z sąsiadką i my, bracia, poszliśmy do sądu w Drezdenku i tam zostały sporządzone potrzebne dokumenty.

***
Przerwaną naukę szkolną zacząłem w klasie wyrównawczej „A” Gimnazjum i Liceum w Drezdenku. Lekcje religii prowadził ksiądz dziekan Jankowski. Wszyscy chłopcy musieli się nauczyć ministrantury na pamięć po łacinie. W czasie wakacji w 1948 r. pracowałem w tartaku w Trzebiczu. Moja mama też tam pracowała. Ale po wakacjach do szkoły nie wróciłem. Mamie było ciężko samej pracować i utrzymywać trzech synów w szkołach. W 1950 r. zostałem powołany do zasadniczej służby wojskowej. W wojsku służyłem w Samodzielnym Batalionie Saperów w Łańcucie. Służba w plutonie minersko-pontonierskim była ciężka.
Po wyjściu z wojska w1953 r. dowiedziałem się o Uniwersyteckim Studium Przygotowawczym, gdzie w ciągu dwóch lat przerabiano kurs szkoły średniej umożliwiający rozpoczęcie studiów na uczelni wyższej. Pojechałem na egzamin, zdałem i zostałem przyjęty do Studium przy Uniwersytecie im. Bolesława Bieruta we Wrocławiu. Potem podjąłem studia w Politechnice Poznańskiej na Wydziale Mechanizacji Rolnictwa. Popełniłem błąd. Program studiów nie odpowiadał moim predyspozycjom. Studia były bardzo trudne. W zimie 1960 roku ciężko zachorowałem na zapalenie płuc. Przyplątała się astma oskrzelowa. Mówili, że zostanie na całe życie. Leczono mnie wstrząsami insulinowymi. W szpitalu w Poznaniu przeleżałem dwa miesiące. Byłem bardzo osłabiony. Niedożywienie w czasie wojny, okres biedy powojennej, służba w wojsku, żywienie się w stołówkach akademickich pozostawiły ślady na zdrowiu, brak odporności organizmu. Programu studiów nie zdołałem nadgonić, zwłaszcza wykonać pracochłonnych projektów przejściowych. W listopadzie 1960 zostałem skreślony z listy studentów.
Przyjechałem do Gorzowa Wielkopolskiego. Zameldowałem się u brata. Po technikum rolniczym miał nakaz pracy w Stacji Chemiczno-Rolniczej przy ul. Teatralnej w Gorzowie. Dostał przydział na wspólne mieszkanie z rodziną Krawcewiczów przy ul. Słowackiego. Ponieważ praktykę wakacyjną miałem w Gorzowskim Przedsiębiorstwie Budowlanym „Zachód”, gdy zgłosiłem się tam do pracy, przyjęto mnie z otwartymi ramionami. Dostałem angaż technika budowy i wysłano mnie na budowę do Dobiegniewa, gdzie były już fundamenty pod rozpoczętą budowę szkoły im. Żołnierzy Września Woldenberg.

***
Wkrótce po naszym wprowadzeniu się do Strzelec zachorowała najmłodsza i moja jedyna 6-letnia siostrzyczka Lidia. Skarżyła się, że bardzo boli ją główka. Po kilku dniach mama zabrała ją do hotelu, gdzie pracowała, by opiekować się nią na miejscu. Mamie udało się odszukać w mieście niemieckiego lekarza, jednak nie miał on możliwości, żeby siostrzyczce pomóc. Szkoły były zamienione w lazarety wojenne, a w nich było pełno rannych żołnierzy. Ponieważ mama pracowała w stołówce hotelu dla oficerów rosyjskich, udało się jej załatwić wyjazd z siostrzyczką do poniemieckiego szpitala przy ulicy Warszawskiej w Gorzowie Wielkopolskim.
Po dwóch tygodniach do Strzelec wróciła sama. O dwutygodniowym pobycie w szpitalu wojennym do końca życia nawet słowem nie wspomniała. To nie był temat do opowiadania dzieciom. Takie wspomnienia musiały być dla niej niewyobrażalnie bolesne. Mama nie okazywała emocji, przeżywała je wewnętrznie. Tylko raz po latach, gdy już byliśmy Gorzowie, zaprowadziła mnie na cmentarz wojenny i pokazała, gdzie jest pochowana siostrzyczka. Pomników na cmentarzu nie było. Mama orientowała się po układzie rosnących tam drzew, gdzie jest grób córeczki. Jedynie wtedy powiedziała, że gdy Lidka umarła, ona poszła do pustego niemieckiego domu przy ulicy Warszawskiej, tam znalazła krzyżyk i przed pogrzebem położyła go na piersiach Lidki. I tylko tyle. Reszta pozostała milczeniem.
Na gorzowskim cmentarzu pierwsze pomniki były wykonane z żelbetu. Były to prostokątne płyty, na których zamontowano tablice z brązu z nazwiskami pochowanych w mogile żołnierzy. Napisy były wykonane w języku rosyjskim. W górnych rogach tablic były pięcioramienne gwiazdy z brązu. Tablice ze spisami poległych szybko zaczęły znikać. Były zdzierane z pomników. Rozbijano także same płyty pomnikowe, aby łatwiej dobrać się do gwiazd. Większość pomników została zdewastowana.
Dopiero w 1986 roku cmentarz został uporządkowany. Wykonano nowe pomniki – proste płyty betonowe. Na płytach są naklejone tablice z nazwiskami poległych żołnierzy w języku polskim i pięcioramienne gwiazdy. Tablice i gwiazdy tym razem nie są wykonane z brązu, lecz z tworzywa sztucznego. Na cmentarzu jest ponad pięćset pomników na mogiłach żołnierzy radzieckich, nie licząc nagrobków na grobach polskich i na grobach pochowanych osób innych narodowości.
Znałem miejsce pochówku mojej siostrzyczki Lidki, które mama mi pokazała. Na rosyjskich tablicach z brązu naszego nazwiska nie znalazłem. Po wykonaniu nowych pomników, na miejscu pochówku Lidki postawiono nowy pomnik nr 311 z napisami przetłumaczonymi na język polski. Na tablicy jest napis: SKAWARDOWA L. A. Nazwisko jest zmienione, lecz nie miałem wątpliwości, że dotyczy mojej siostrzyczki.
Dotarłem do spisu żołnierzy Armii Czerwonej pochowanych na Cmentarzu Wojennym w Gorzowie napisanego na maszynie w języku polskim. W spisie tym figuruje, że w grobie 311 jest pochowana Skawardowa Lidija Andriejewna. W miejscu daty urodzenia jest puste miejsce. Tłumacz piszący listę widocznie uznał, że 6-letnia dziewczynka nie mogła być żołnierzem, że w dacie popełniono błąd. W miejscu imienia ojca powinno być Arnoldowna, bo ojciec na imię miał Arnold. Gdzie nastąpiła zmiana imienia, w szpitalu, czy później, nie jest możliwe do ustalenia.
Gdy moja mama pod koniec życia przeprowadziła się do mnie do Gorzowa, w witrynce biblioteczki za szkłem urządziła swoje sanktuarium. Tam były drogie sercu mamy pamiątki córeczki: zabawki i mały piórniczek drewniany z kosmykiem jej włosów, portret ślubny wnuczki, zdjęcia i listy wnuczek i prawnuków z Hamburga. Był też kamień – kawałek granitu z fundamentów domu rodzinnego „Kalši”, który przywiozłem z podróży do Łotwy.
Zdjęcia córeczki mama nie miała, ale z okładki tygodnika „Przyjaciółka” wycięła zdjęcie dziewczynki i oprawiła w ramkę. Podobieństwo dziewczynki do Lidki było uderzające. Mogła być jej sobowtórem. Pewnego dnia mama mnie zawołała, dała małe zawiniątko. W chusteczce były blond włosy. Powiedziała: – To włosy Lidki. Kazała je zanieść na działkę i spalić.

Podczas wieczoru, w tle flaga Łotwy

Jeszcze raz sala

Krzesło Józefa, zawsze zajęte

Pamiętnik czyta Mirek Urbanowicz, obok Volker Henseler – przyjaciel Józefa

Wspomina pani prezes Halina Urban

Z litografiami z portretem Józefa

Przygotowała: Krystyna Kamińska
26-03-2025 r.

 

powrót do strony głównej