„Magia w kieszeni”
Na tym tle Prospero staje się szczególnie interesujący. Przez lata wydawało mu się, że dokładnie wie, czego chce. Nie chodzi mu o samo księstwo — chodzi o wyrównanie rachunków, o to, żeby winni zobaczyli, co zrobili. Ma plan, wiedzę i środki, żeby go zrealizować. A jednak w chwili, gdy ma już wrogów w garści, waha się.
Spektakl nie dawał dostępu do myśli Prospera. Jeżeli wypowiadał swoje rozterki, nie dotarły one do moich uszu lub umknęły uwadze. Być może Ariel pomógł księciu podjąć decyzję. Ale w tym przedstawieniu Ariel nie mówił, tylko grał swoją rolę tańcem. Mogę więc tylko się domyślać.
Szczególnie mocno zadziałała na mnie forma przedstawienia. W pewnym momencie naprawdę „zgubiłam” aktorów. Przestawałam widzieć ludzi grających swoje role, a zaczynałam widzieć postacie żyjące na wyspie. Była w tym teatralna magia — dokładnie taka, jakiej można oczekiwać po „Burzy”.
Bohaterowie byli budowani nie tylko przez tekst, ale także przez kostiumy, rekwizyty i sposób poruszania się. Ariel poruszał się z taką gracją, że można było pomyśleć: „Też chcę się tak poruszać”. Jego ruch nie był tylko sposobem przemieszczania się po scenie — sam w sobie budował postać: lekką, nieco nierealną, jakby Ariel naprawdę należał do innego porządku świata.
Podobne wrażenie dał sposób zorganizowania widowni. Została ona podzielona na cztery części, a każda oglądała inne z wydarzeń rozgrywających się na wyspie. Dochodziły nawet dźwięki z sąsiednich scen. Mieliśmy więc namacalną pewność, że w innej części wyspy właśnie dzieje się coś, czego nie widzimy — zupełnie jak w prawdziwym życiu.
Za każdym razem, gdy zmieniała się scena, zmieniała się też perspektywa. To, co przed chwilą było dla nas najważniejsze, nagle stawało się tylko jednym z wielu zdarzeń. Zamiast stworzyć dystans, podział wytworzył między widzami szczególną więź. Każda z grup widziała tylko fragment, ale wszyscy przeżywaliśmy spektakl razem. Pojawiała się ciekawość tego, co dzieje się na innej scenie i zwykła ludzka troska, czy już wszyscy zdążyli zająć nowe miejsca i czy dobrze stamtąd widzą.
Bywało, że mieliśmy poczucie widzenia i rozumienia więcej niż pojedynczy bohater — niemal jak demiurgiczne istoty, które ogarniają szerszy obraz. A jednak nawet wtedy nie widzieliśmy wszystkiego.
I właśnie tutaj forma przedstawienia połączyła mi się z postacią Prospera.
On również próbuje ogarnąć rzeczywistość. Wie więcej od innych, przewiduje ich ruchy, wpływa na wydarzenia, kieruje ludźmi. Może niemal reżyserować życie. Ale możliwość kierowania światem nie oznacza możliwości pełnego zrozumienia go. A przede wszystkim — nie oznacza szczęścia.
Można mieć ogromną władzę i nadal nie panować nad własnymi emocjami, ambicjami i potrzebą kontroli.
Dlatego rezygnacja Prospera z zemsty wydaje mi się czymś więcej niż prostym aktem przebaczenia. On przecież mógł się zemścić. Miał ku temu środki. Najważniejsze jest więc nie to, że nie mógł, lecz że mógł, a jednak wybrał inaczej.
Może właśnie na tym polega jego największa przemiana. Nie na zdobyciu jeszcze większej władzy, ale na zrozumieniu, że nie wszystko, co można zrobić, warto robić. Wraca do Mediolanu, do brata, którego nie potrafił już bratem nazwać. Zapowiedział, że będzie myślał o grobie. To nie jest szczęśliwe zakończenie. Ale może nie o szczęście tu chodzi.
Może więc Prospero ostatecznie nie odzyskuje po prostu tego, co utracił. Może po raz pierwszy naprawdę coś odpuszcza.
Ta myśl wróciła do mnie chwilę po spektaklu, kiedy przedstawiciel projektu, w ramach którego wystawiono „Burzę”, mówił o przeciwdziałaniu alkoholizmowi i narkomanii, a na koniec także o uzależnieniu od smartfonów. Pierwsze skojarzenie było oczywiste: Kaliban i jego butelka. Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej niepokoił mnie nie Kaliban, lecz Prospero.
Bo zależność Kalibana widać z daleka — ma kształt butelki. Zależność Prospera nazywa się wiedzą, władzą, panowaniem nad sytuacją. Wygląda jak siła, więc przez lata nikt, łącznie z nim samym, nie nazywa jej zależnością.
Ze smartfonem również można poczuć się trochę jak kreator świata. Mogę natychmiast sprawdzić niemal wszystko, wpływać na innych, wybierać, co zobaczę, być w wielu miejscach jednocześnie. Mam pod ręką własną małą „magię”. Tyle że łatwo przeoczyć moment, w którym narzędzie, które miało służyć mnie, zaczyna reżyserować moje życie.
Prospero miał magię i władzę nad wyspą. My mamy smartfony, internet i algorytmy. On mógł niemal wszystko, a mimo to musiał się nauczyć, że możliwość to nie to samo co potrzeba. My również możemy coraz więcej — ale to jeszcze nie znaczy, że wiemy, co naprawdę jest nam potrzebne.
I może właśnie tutaj podobieństwo między Prosperem a nami staje się najbardziej niepokojące. Nie chodzi o to, że smartfon jest współczesną wersją jego magii. Chodzi o coś głębszego: o ludzką potrzebę coraz większego wpływu na świat i o ryzyko, że w pogoni za kontrolą przestaniemy zauważać, co te narzędzia robią z nami.
Prospero ostatecznie odkłada swoją magię.
Natomiast my — nosimy swoją w kieszeni.
Tekst: Jolanta Bilińska
Zdjęcia: od Teatru im. J. Osterwy.
Przekład: Stanisław Barańczak
Reżyseria Paweł Paszta
Scenografia i kostiumy: Aleksandra Szempruch
Muzyka: Tomasz Jakub Opałka
Choreografia: Natalia Iwaniec
Asystenci reżysera: Mikołaj Kwiatkowski, Lada Borovska
Inspicjent-sufler: Waldemar Sadowski
Plakat: Joanna Sapkowska
Obsada:
Maria Błęka – Trinkulo
Beata Chorążykiewicz – Bosman
Dominik Jakubczak – Antonio
Marta Karmowska – Ariel
Maciej Kotlarz – Ferdynand
Mikołaj Kwiatkowski – Gonzalo
Joanna Lenart – Stefano
Jan Mierzyński – Prospero
Artur Nełkowski – Alonzo
Tina Popko – Miranda
Marzena Wieczorek – Kaliban
Mieszko Wierciński – Sebastian
