Dobrze się czuję w Polsce
Rozmowa z Dzidrą Marciniak – słuchaczką UTW

– Nazwisko masz polskie, ale imię mi nieznane. Dlaczego?
– Dzidra to imię łotewskie, bo z pochodzenia jestem Łotyszką. Znaczy ono „Kryształowa woda”. Należy do popularnych imion na Łotwie, tyle że wymawia się je przez y, Dzydra. W polskiej transkrypcji zapisano je jako Dzidra. Początkowo się dziwiłam, ale już się przyzwyczaiłam.
– Gdzie się urodziłaś?
– W Rydze, ale najmłodsze lata spędziłam na łotewskiej wsi. Dla małego dziecka to były trudne lata, bo miałam daleko do szkoły. Moja mama grała na różnych instrumentach. Pozostało mi zdjęcie, na którym gra na akordeonie, a obok są babcia i ciocia. Dopiero po kilku latach nareszcie dostaliśmy kwaterunkowy pokój w Rydze i się przeprowadziliśmy. Musiałam powtarzać piątą klasę, bo dyrekcja nowej szkoły obawiała się, że w wiejskiej szkole za mało się nauczyłam. Nikt mnie nie egzaminował, nikt o nic nie pytał, tylko od razu przedłużono mi o rok czas nauki.


– Chodziłaś do szkoły w czasach Związku Radzieckiego. Jaki język obowiązywał w szkole?
– Na początku jedynym językiem był łotewski. Od trzeciej klasy zaczęliśmy lekcje języka rosyjskiego, który był traktowany równorzędnie jak łotewski, a nie jak język obcy. Na Łotwie były wtedy dwa języki urzędowe. W moim domu zawsze mówiło się tylko po łotewsku, ale wszyscy także znali rosyjski.
– Już w Rydze poszłaś do szkoły średniej?
– Tak do ogólnokształcącej szkoły średniej. Zawsze interesowały mnie samochody, ale nie zdążyłam zacząć nauki zawodu, bo pewnego dnia poszłam do kina.
– I to był powód?
– Powodem był bardzo przystojny marynarz, który usiadł koło mnie. Niedługo potem został moim mężem, a w kwietniu 1967 roku urodziłam naszego syna Włodzimierza. Byliśmy bardzo szczęśliwi, choć na początku było nam trudno. A gdy już wszystko dobrze się ułożyło, mąż zmarł na serce. Miał wtedy 45 lat.
– Znów musiałaś wszystko rozpoczynać od początku.
– Dobrze, że wcześniej zdobyłam uprawnienia zawodowego kierowcy. Już w pierwszej pracy prowadziłam ciężkiego ZIŁ-a. Może to dziwne, ale bardzo mi się podobała ta praca i zawsze lubiłam ciężkie samochody. Potem pracowałam jako kierowca bardzo ważnej pani kontroler spraw finansowych i z nią zjeździłam całą Łotwę. Pojechałyśmy nawet do Leningradu.
– Potem dostałaś jeszcze inne zadanie.
– Od połowy lat 80. starą Rygę odnawiali polscy konserwatorzy zabytków ze Szczecina. Ja miałam ich dowozić na różne miejsca i pomagać w różnych życiowych sprawach. Jednym tych obcokrajowców był Zbigniew Marciniak. On zainteresował się mną, ja nim i skończyło się małżeństwem. Zbyszkowi proponowano bardzo dobre warunki pracy i mieszkania w Rydze na stałe, ale on nie chciał zostać. Ja natomiast chciałam wyjechać, poznać nowy kraj i inny świat. Mój syn miał już 20 lat i się usamodzielnił. Ostatecznie na początku 1989 roku przyjechałam do Polski
– Gdzie zamieszkaliście?
– Kolega mojego męża, wtedy burmistrz Lipian, znalazł dla nas małe mieszkanie i działkę, na której mogliśmy wybudować sobie dom. I wybudowaliśmy. Mój mąż znał się na budownictwie, ale on stale pracował w delegacjach, więc budową naszego domu zajmował się tylko w weekendy, a przez pozostałe dni tygodnia dom budowałam ja. Dumna jestem, że sama wykonałam tyle trudnych zadań.
– Jak się odnalazłaś w Polsce. Przecież nie znałaś języka polskiego.
– Już w Rydze zaczęłam się uczyć, by rozmawiać ze Zbyszkiem i innymi Polakami. Potem intensywnie uczyłam się w Polsce, przede wszystkim z telewizji. Nie miałam specjalnych nauczycieli, ale pomagało mi wiele osób. Nie odczułam żadnych niechęci ze strony Polaków.
– Jesteś blondynką z jasną cerą, mówisz dobrze po polsku. Nikt nie przypuszcza, że pochodzisz z innego kraju. A co Cię wtedy w Polsce najbardziej zdziwiło?
– Kartki żywnościowe. Dość szybko po naszym przyjeździe je zlikwidowano, ale mimo to nie mogłam się nadziwić, że tu były potrzebne. Na Łotwie także wiele rzeczy w handlu brakowało, ale nawet nie myślano o przydziałach na kartki.
– Wiem, że masz polską córkę.

– Nie mogliśmy mieć swoich dzieci, więc mąż postanowił, że weźmiemy dziecko na wychowanie, abym nie była sama, gdy on wyjeżdżał. Przyznaję, że trochę się zdziwiłam, ale zaakceptowałam. Tak trafiła do nam roczna Iwonka.
– A gdy urosła…

– Wykazywała duże zdolności muzyczne. Bardzo chciałam, by się kształciła w tym kierunku, więc najpierw woziłam ją do podstawowej szkoły muzycznej w Myśliborzu, a potem poszła do średniej szkoły muzycznej w Szczecinie. Zawsze chciała być artystką, ale to nie muzyką teraz się zajmuje. Najpierw w Berlinie ukończyła szkołę artystycznego makijażu, a potem pojechała do Anglii, gdzie skończyła studia aktorskie. Teraz mieszka w Londynie i wykorzystuje swoje znajomości językowe. W dzieciństwie nauczyłam ją łotewskiego, abym miała z kim rozmawiać w tym języku. W domu często rozmawialiśmy z mężem po rosyjsku, bo to był podstawowy język, który nas połączył. Dziecko szybko się nauczyło. Przez pewien czas Iwonka mieszkała w Berlinie, więc dobrze mówi po niemiecku. Oczywiście zna jeszcze angielski i polski. Dobrze czuje się w Londynie i uznaje, że to jest jej miejsce.
– Ty od kilku lat mieszkasz w Gorzowie. Jak to się stało, że zostawiłaś Lipiany?
– Jak mówiłam, mój mąż najczęściej pracował poza domem. Przez wiele lat w Berlinie, gdzie sprowadził najpierw do pomocy mojego syna, a potem jego rodzinę. Teraz wszyscy tam mieszkają, a ja ich odwiedzam. Córce Berlin się nie spodobał i dlatego pojechała dalej. Ale przez lata pracy poza domem mój mąż popadł w alkoholizm. Bardzo dużo miałam z tego powodu kłopotów. Ostatecznie po 25 latach małżeństwa wystąpiłam o rozwód. Sprzedaliśmy dom, podzieliliśmy pieniądze, a ja kupiłam sobie ładne mieszkanie na Osiedlu Słonecznym.
– I zapisałaś się do Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Dlaczego?
– Nie miałam wtedy znajomych w Gorzowie, a wiedziałam, że muszę mieć kontakty z ludźmi. Ponadto ciągle jestem zainteresowana tym, co się dzieje, a także kulturą, przyrodą, człowiekiem. Jeszcze jest tyle wiedzy do poznania. Chętnie przychodzę na wszystkie wykłady.

– Spotykam Cię często na różnych imprezach nie tylko w UTW, ale w bibliotece, na koncertach, w teatrze, a wycieczkach. Wiem, że dużo czytasz.
– Chciałabym jak najpełniej poznać polską historię i kulturę, bo nie zawsze wszystko jest dla mnie jasne. Dlatego ciągle się uczę. Najwięcej w UTW. Zawsze jestem otwarta na wiedzę.
– W Gorzowie jesteś jesienią i zimą, a wiosną i latem…
– …wyjeżdżam do mojego partnera do Niemiec. Poznaliśmy się przypadkiem. Tym razem to ja usiadłam na ławeczce w Międzyzdrojach obok sympatycznego pana. Pan okazał się Niemcem, ale z polskimi korzeniami. Miał 10 lat, gdy jego rodzice zdecydowali się na przeniesienie ze Śląska do bliższego im kraju. On trochę mówił po polsku, a od kiedy jesteśmy razem, on uczy mnie niemieckiego, a ja jego polskiego. Jesienią i zimą wolimy mieszkać w mieście, w bloku, a gdy jest cieplej, przenosimy się do jego domu w ogrodzie. Gdy on jest tutaj, zawsze chodzimy razem na zajęcia w UTW i na inne imprezy, bo trzeba być wśród ludzi.
– Jak dziś wspominasz Łotwę i łotewskie kontakty?
– Często jestem pytana, czy chciałabym tam wrócić. Nie, nie chciałabym. Już długo mieszkam w Polsce, przyzwyczaiłam się, nie mam kłopotów językowych. W Polsce dobrze się czuję. Swoją rodzinę mam za zachodnią granicą, a na Łotwie tylko dalekich krewnych i prawie zapominanych znajomych. Żałuję tylko, że nie mam z kim rozmawiać po łotewsku. Żaden Polak nie zna tego języka. Gdy żył Józef Skabardis, chętnie rozmawiałam z nim w łotewskim języku. Teraz nie mam z kim. Trochę szkoda, ale nie będę tego zmieniać.
– Podziwiam, jak dobrze mówisz po polsku i dziękuję, że opowiedziałaś nam historię Twojego życia.
Rozm. Krystyna Kamińska
Zdjęcia: Krystyna Karcz i arch. Dzidry Marciniak
31-03-2026.





